W piątek 7 września na pomniku zainstalowana została tablica pamiątkowa z 70 nazwiskami zamordowanych tu ludzi - ofiar hitleryzmu. Inicjatorkami odsłonięcia płyty były panie Barbara Radacka, która straciła tu ojca i Barbara Kopańska - dyrektor szkoły w Pokrzydowie i radna powiatu brodnickiego. Tablicę ufundowało Nadleśnictwo Brodnica. Okolicznościowe nabożeństwo odprawił ksiądz Zenon Żmijewski z Pokrzydowa.
Na rozwidleniu dróg z Bachotka do Zbiczna, Tamy Brodzkiej i Brzezinek, około 50 metrów od betonowego mostku na rzeczce Skarlance (mostek „Jadwigi”) ustawiony jest pomnik przedstawiający stylizowanego orła. Zaprojektował go Juliusz Wilski z Bydgoszczy. Wybudowano go i odsłonięto w kwietniu 1958 roku. Po odsłonięciu odprawiono mszę świętą. Potem, o ile odbywały się tu spotkania, to już bez księży. Jakiś czas temu ktoś nieznany zamontował blisko tablicy w pomniku krzyż, którego dotąd wielu osobom w tym miejscu brakowało. Chociaż liczne egzekucje Polaków wykonywano prawdopodobnie nieco wyżej, na wzniesieniu, a więc w dawnym rowie strzeleckim polskiego wojska z września 1939 roku, o tyle pomnik może stać niżej - w miejscu spalonych po ekshumacji pod koniec wojny przez Niemców ciał kilkuset Polaków, dowożonych w tu nawet z odległych okolic.
Jednocześnie nie można wykluczyć dokonywania egzekucji przez Niemców w miejscu, w którym stoi pomnik. Teren za obeliskiem stanowił bowiem naturalną, idąc za zbrodniczą myślą egzekutorów - idealną wręcz - wysoką stromiznę, która u podnóża tworzyła zaokrągloną nieckę. To w niej mogły grzęznąć kule po przeszyciu na wylot ciał rozstrzeliwanych tu Polaków, dochowującą tajemnicy dokonanej tu masakry. O ile tak właśnie było, wzrok ginących tu ludzi mógł być skierowany na spokojną toń jeziora Bachotek lub na ptaki, krążące nad rosnącym tu wówczas zagajniku. Już 10 i 16 września 1939 roku i 18 października rozstrzelano tu 6 osób. Jak zeznał owczarz z Brzezinek Władysław Germann i gorzelany Władysław Kurlęda - 26 października 1939 r. - przez Brzezinki przejechały nieoświetlone trzy ciężarówki i trzy samochody osobowe. Przed lasem zatrzymały się. W świetle reflektorów wyładowano skazańców i poprowadzono w miejsce zbrodni. Następnie było słychać serię strzałów z karabinu maszynowego. Potem ciała zasypano ziemią w rowie na przestrzeni 12 metrów i udeptano żołnierskimi butami. Wiadomo, że wśród sprawców tej egzekucji był syn właściciela majątku w Żmijewie Hans Günter Höltzel, leśniczy z Birkenka Albert Lothar Kratzke oraz ślusarz Delan.
Gdy w 1944 roku niemieckie armie ponosiły klęski na wszystkich frontach, dla hitlerowców wojna była przegrana. Nadciągał wówczas w te strony front wschodni i Armia Czerwona, a za nią oddziały Wojska Polskiego. Wydobycie stąd ciał i ich spalenie miało zatrzeć ślady zbrodniczej działalności Niemców w tym rejonie. Jesienią 1944 roku w tym samym lesie ekspedycja gestapo przez dwa tygodnie wykopywała trupy pomordowanych i paliła je. Nocami zwłoki dowożono tu również z innych miejsc.
Na pomniku umieszczona jest pamiątkowa tablica z napisem: „Miejsce uświęcone męczeńską krwią kilkuset Polaków zamordowanych i spalonych przez hitlerowców w 1939-1945”. Tablica o podobnej treści przytwierdzona jest w kruchcie pobliskiego kościoła w Żmijewie: „Boże litościwy, przyjm do Królestwa Swego dusze tych kilkuset Polaków zamordowanych przez hitlerowców w latach 1939-1945 i potem dla zatarcia śladów spalonych w lesie w Brzezinkach nad jeziorem Bachotek”. Dane z tablic wskazują nam więc jednoznacznie liczbę potencjalnych ofiar - nie 70 lub 80, a kilkaset.

Problemy z odtworzeniem nazwisk

Nazwiska na płycie zostały zaczerpnięte z artykułu Stefana Bilskiego i Brunona Schuetza pt. „Szlakiem miejsc pamięci regionu brodnickiego”, który został zamieszczony w „Szkicach Brodnickich”. Jednak w artykule nazwisk jest 80, a na płycie 70. Tablica celowo została zaprojektowana jednak w ten sposób, by zaistniał przyczynek do przytwierdzenia z czasem drugiej, bliźniaczej tablicy, która uzupełni pierwszą. Już obecnie bowiem wiadomo, że ofiar było znacznie więcej niż dotąd ustalono.
Bilski i Schuetz napisali, że ich wykazy nie są kompletne i nie mają charakteru zamkniętego i że jest to tylko próba przedstawienia danych o ofiarach wojny, jakie udało im się zebrać. Jako, że spis nazwisk ze „Szkiców Brodnickich” zawierał nieścisłości, a nawet błędy w kwestii dat narodzin, czasu zgonu, a więc rozstrzelania czy zakatowania, a nawet miejsc zamieszkania zamordowanych tu osób - inicjatorzy ufundowanej płyty ograniczyli się więc jedynie do podania na niej samych nazwisk. Zostały na niej dopisane również nazwiska, które nie występują w wykazie Bilskiego i Schuetza, a które przez zebrane liczne zeznania świadków, a nawet decyzje sądowe jednoznacznie wskazują, że tu, w lasach nad jeziorem Bachotek oddali oni swoje życie. Dopisane więc zostały nazwiska 2 nauczycieli ze Zbiczna - kierownika szkoły Bronisława Piotrowicza i założycielki tutejszego Koła Gospodyń Wiejskich, także nauczycielki ze Zbiczna - Heleny Sikorzanki. Kolejne dopisane nazwisko, nie występujące w znanych spisach to nauczyciel z Bursztynowa koło Jabłonowa Pomorskiego - Franciszek Schwanitz - ojciec inicjatorki odsłonięcia płyty, Barbary Radackiej. Na odsłonięcie tablicy przybył też Bogumił Odymała, który twierdzi, że tu spoczywa jego ojciec, choć nie ma go w żadnym spisie.
Jest to zatem zaczątek kolejnej, miejmy nadzieję, pełniejszej listy nazwisk. Warto jednak, by w jej wypełnienie włączyli się świadkowie tamtych dni lub osoby mogą poświadczyć prawdę w sprawie mordowanych tu ludzi. Bilski i Schuetz stworzyli swój wykaz nazwisk ofiar z Brzezinek - Bachotka na podstawie publikacji, archiwów, a nawet spisując je z mogił, pomników i tablic. Cenne były też zeznania świadków, informacje od rodzin, krewnych i znajomych. Jeśli więc Czytelnicy posiadają więc wiedzę na temat ofiar tamtych dni, prosimy o skontaktowanie się listownie z redakcją „Czasu Brodnicy", podając własne dane wraz z numerem telefonu oraz - w kwestii ofiar - imię, nazwisko, datę i miejsce urodzenia oraz okoliczności śmierci osoby uznanej za straconą w lasach Brzezinki-Bachotek.

Zeznania i ustalenia członków rodzin

Na uroczystość przybyli również potomkowie rozstrzelanych, pogrzebanych, a następnie ekshumowanych i spalonych tu ludzi.
Przybyła tu z Koblencji w Niemczech, inicjatorka odsłonięcia tablicy - Barbara Radacka, z domu Schwanitz, mieszkanka Jabłonowa Pom., która straciła tu ojca Franciszka Schwanitza. Z Torunia przyjechał Bogumił Odymała (zginął tu jego ojciec Władysław Odymała). Przybyło tu też m.in. trzech mieszkańców Zbiczna - Bogumił Daszkowski (stracił ojca - Ludwika Daszkowskiego), Roman Kowalski (stracił dziadka - Antoniego Guzowskiego) i Roman Antoni Ostrowski (stracił dziadka Mikołaja Ostrowskiego). To wspólne spotkanie i rozmowy rzuciły nieco światła na tragiczne wydarzenia, które miały tu miejsce 73 lata temu.
- Najgorsi byli tutejsi Niemcy, którzy z dawnych sąsiadów, po rozpoczęciu wojny zmienili się w krwiożercze bestie - wspomina Barbara Radacka - Był 16 października 1939 roku, kiedy pod wieczór po ojca przyszli Niemcy. Powiedzieli „Kommen Sie mit!” i bez pożegnania kazali wyjść mu z domu. Tata był nauczycielem w Bursztynowie. Wyszedł, pozostawiając swoją żonę, a naszą matkę oraz siostrę, która miała 9 lat i mnie - miałam 11 lat. Przed wyjściem zdołał tylko ściągnąć ze ściany krzyżyk, który zabrał ze sobą. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd go zabrano. Nasza mama pojechała jednak do Brodnicy i sobie jedynie znanymi metodami zdołała dowiedzieć się o przetrzymywanych więźniach na ulicy Paderewskiego. Jakimś cudem tam dotarła. Tata, który siedział w celi blisko okna, na dźwięk jej szeptów przełożył przez kratę swoją rękę. Mama na chwilę zdołała ją pochwycić. Chociaż nie zdołali zamienić nawet słowa, poczuła po specyfice i sile tego uścisku, że jest to ich ostatnie pożegnanie. Dla niej i dla nas. Wiedziała, że ma jeszcze dwie córki, dla których musi żyć. Zdołała więc dojść do siebie i wrócić do nas. Potem dowiedzieliśmy się o bestialskich mordach Polaków w lasach koło Brzezinek nad jeziorem Bachotek. Jakiś czas później krzyżyk ścienny naszego taty przyniósł nam ksiądz z Jabłonowa Józef Czubek. Powiedział nam jedynie dla otuchy, że czas goi rany.
- Mój dziadek Antoni Guzowski był weteranem I wojny światowej, gdzie walczył w pruskim wojsku, będąc kucharzem - wspomina Roman Kowalski ze Zbiczna. - W czasie okupacji dzieci w rodzinie Maliszewskich znalazły w stodole broń. Bawiąc się, przypadkowo oddali z niej kilka strzałów. Rzecz się wydała, a Niemcy szukali winnych. Ktoś błędnie wskazał dziadka Antoniego Guzowskiego. Wkrótce potem jakiś Niemiec przyjechał do niego rowerem i kazał zaprząc furmankę i stawić się w Brodnicy. Wozem powoził Leon Ostrowski, a za nim siedział dziadek Guzowski wraz z kolejnym mieszkańcem Zbiczna Mikołajem Ostrowskim. Obaj byli niemal przekonani o tym, że jadą do jakiejś pracy i że wkrótce powrócą.
- Mój dziadek, który został zamordowany w lasach pod Bachotkiem, nazywał się Mikołaj Ostrowski i miał wtedy 52 lata - wyjaśnia jego wnuk, rolnik ze Zbiczna, Roman Antoni Ostrowski. - Był rolnikiem ze Zbiczna. W artykule B. Schuetza i S. Bilskiego w „Szkicach Brodnickich” pojawił się błąd. Dziadek mieszkał w Zbicznie, a nie, jak napisano, w Żmijewie. Urodził się w 1887 roku w Szabdzie i od ślubu z Heleną Rutecką mieszkał już w Zbicznie, gdzie wspólnie prowadzili sześciohektarowe gospodarstwo. Dziadek był murarzem i wykonywał cmentarne nagrobki i pomniki, dokonywał remontów przy kościele w Żmijewie i stawiał w Zbicznie budynki gospodarskie u Krasińskich czy Czajkowskich. W pobliżu jego gospodarstwa mieszkał sąsiad - Niemiec Wacholtz [to gospodarstwo spalili Rosjanie w 1945, budynki potem rozebrano, a ziemię rozparcelowano - przyp. RS]. Po wybuchu wojny, ów Niemiec liczył, że szybko zajmie gospodarkę dziadka. Sądzimy, że to Wacholtz albo inny Niemiec - mieszkający w centrum wsi (przed obecnym kościołem) Fagina mogli zadenuncjować dziadka Mikołaja. Kazano mu się ciepło ubrać i razem z Antonim Guzowskim pojechać wozem do Brodnicy. Zawiózł ich jego 17-letni syn Leon. Prawdopodobnie Mikołaj Ostrowski przebywał w katowni gestapo przy obecnej ulicy Nad Drwęcą. Pewności jednak nie ma. Nikt go od wyjazdu nie widział. Potem, jak grom rozeszła się wieść o mordowaniu ludzi w Birkenku.
Jak czytamy z kolei w postanowieniu Sądu Grodzkiego w Brodnicy z 3 kwietnia 1947 roku, na wniosek Heleny Odymałowej postanowił uznać jej męża Władysława Odymałę „za zmarłego z upływem dnia 11 listopada 1939 roku”. W uzasadnieniu napisano: „Wnioskodawczyni zaręczeniem w miejscu przysięgi uprawdopodobniła, że mąż jej ( ) został w dniu 24 października 1939 r. aresztowany przez bojówki >Selbstschutzu< w Jabłonowie, wywieziony następnie do Brodnicy i osadzony w osławionej piwnicy domu Krasińskiego przy ul. Ogrodowej i od tego czasu wszelki ślad po aresztowanym zaginął. Sądowi jest wiadomym, że na terenie powiatu brodnickiego bojówki >Selbschutzu< aresztowanych Polaków wywozili do okolicznych lasów, gdzie ich rozstrzeliwały - świadczą o tym pozostałe masowe groby pomordowanych w Zbicznie, Birkenku i sąsiednim powiecie rypińskim”. Jako datę śmierci Władysława Odymały, nauczyciela z Bursztynowa, przyjęto dzień ostatniego, masowego wywozu Polaków na rozstrzelanie w tym lesie. Ten dzień przypadał na 11 listopada 1939 roku, a więc w święto niepodległości.

Radosław Stawski