Wiosną 1867 roku właściciel Bobrowa Jan Czapski, niwecząc rządowe dyrektywy w kwestii produkcji zacieru w swojej gorzelni, naraził się pruskiej administracji, która materialnie i finansowo dotkliwie go ukarała. Zabrano mu kadzie zacierowe i wlepiono sądownie sporą sumę do zapłacenia. Czapski nie dość, że zapewne zamknął gorzelnię, to zapożyczył się hipotecznie na poczet rosnących długów. Zanim przyszły na niego i jego majątek tarapaty finansowe, które doprowadziły do sprzedaży Bobrowa Niemcom, Czapski próbował górować nad okolicznymi ziemianami fantazją i pomysłem, które były zapewne wynikiem braku gotówki, którą trzeba było płacić robotnikom za pracę w majątku. By nie być jednym z „ostatnich” i ratować swoją reputację przed narażeniem na szwank - na zebraniu kółka rolniczego w Brodnicy przedstawił - w czerwcu 1867 roku- dość postępowy, jak na tamte czasy pomysł. Otóż zza mównicy zaproponował zebranym wprowadzenie w powiecie brodnickim - w miarę możności - równego kontraktu dla robotników. Dotąd wypłaty za pracę zależały w sumie jedynie od woli pana.
Zaskoczeni takim obrotem sprawy ziemianie wdali się w dyskusje. By nie spocząć na laurach, zobowiązali się doprowadzić tę sprawę jednak do końca. Po długich deliberacjach w kwestii wynagrodzeń robotników ostatecznie przyjęto długi i zawiły, lecz dość sprawiedliwy wzorzec opłat, jaki dawał wtedy robotnikom do podpisania Stanisław Łyskowski z Grzybna.

XIX-wieczny kontrakt brodnickich ziemian z pracownikiem

Otóż według jego kontraktów każdy pracownik miał godzić się na pracę w majątku na 3 lata. Za zerwanie umowy przewidziano karę pieniężną. Przytoczmy wobec tego dalej oryginalny, XIX-wieczny kontrakt z Grzybna, który wkrótce miał szansę stać się wzorcowym i obowiązującym - z pewnymi zapewne różnicami w całym powiecie brodnickim: „komornik ma trojgiem przez cały rok do wszelkiej nakazanej roboty wychodzić, oprócz tego obowiązana jest kobieta od 1 kwietnia do św. Michała [29 września] po południu do każdej nakazanej roboty stawić się. Za to otrzymuje komornik pomieszkanie, od którego nie płaci, szopkę dla trzody chlewnej, wolne utrzymanie 2 krów na pańskiej stajni zimą i latem, za opłatą 20 sgr od sztuki. Nawóz, który sobie przy domu urobi wywozi się bezpłatnie na pole pańskie na jednorazowy użytek pod ziemniaki. Zamiast ogrodu przy mieszkaniu dostaje w polu kartoflanem 150 prętów kwadratowych roli, na której ziemniaki mu tylko sadzić wolno. Dzienną płace odbiera w następujący sposób: komornik z czeladnikiem odbierają dziennie od 1 czerwca do 1 września 4 sgr., przez resztę roku po 3 sgr. I oprócz tego za każde 35 dni, które w książkę zapisane zostaną, pobiera komornik 1 korzec żyta, 4 mace grochu. Kobieta zaś pobiera dziennie 4 sgr. z tą różnicą, że jej zarobek w książkę nie zapisuje się, tylko odbiera takowy tygodniowo gotówką. Słomy odbiera komornik każdy co miesiąc 1 pęk”.

W bobrowskiej gorzelni powstała niemiecka kaplica i szkoła

Gdy tutejsi ziemianie próbowali poprawiać sytuację materialno-bytową u siebie i swoich pracowników, zjednoczone Niemcy, jako II Rzesza wiedzeni swoim nacjonalizmem ze zdwojoną siłą rozpoczęły odgórnie antypolską politykę także na tym terenie. Już wkrótce grudziądzki „Gesselige” donosił na swoich łamach, że w jednym tylko tygodniu komisja kolonizacyjna wykupiła z rąk polskich właścicieli Bobrowo o areale 3800 mórg za 600.000 marek i Niewierz - 1800 mórg za 279.500 marek. Wieści te potwierdzał „Freissinnige Zeitung”, donosząc w raporcie o postępach kolonizacji pruskiej w sprawie stumilionowego funduszu na wykup polskiej ziemi w Wielkopolsce i na Ziemiach Zachodnich, z którego wynikało, że w roku 1887 wykupiono z rąk polskich 17 majątków, w tym 2 pod Brodnicą Bobrowo i Niewierz, co stanowiło jednak tylko 3 procent polskich posiadłości w tym regionie.
Tymczasem usadowieni już na dobre w Bobrowie Niemcy, zdobywszy ważny „przyczółek”, mogli świętować. I tak już w styczniu 1889 roku, w urodziny królewskie w majątkowej kaplicy, urządzonej w dawnej gorzelni odbyło się pierwsze luterańskie nabożeństwo, które odprawił pastor z Kawk. Zarządzono, iż nabożeństwa miano tu odprawiać w co trzecią niedzielę. Zatrudniono też luterańskiego nauczyciela, by uczył dzieci niemieckich kolonistów. Zapowiadano także, że od Wielkanocy w dawnej gorzelni w Bobrowie zostanie otwarta nowa szkoła luterańska.

Wpływ wydarzeń w Bobrowie na sytuację majątku w Wichulcu

Jeszcze w 1881 roku areał wsi Wichulec i Bogumiła (obecnie to leżąca między Wichulcem a Sumowem wieś Bogumiłki) podawano łącznie - w sumie 507,13 hektarów. Ich właścicielem była rodzina Karwatów.
Po sprzedaży Bobrowa i Niewierza, w czasie wręcz masowego wyprzedawania polskich majątków Niemcom i finalizowania kupna w Poznańskiem, w środę 2 lipca 1890 roku „Gazeta Toruńska” donosiła: „radosna wieść: majątek Wichulec, w powiecie naszym położony, własność p. J.K. [Józefa Karwata], wystawiony był na publiczną licytację na dzień 13 b.m. Majątek ten ma 2200 morgów obszaru, jest już od blisko stu lat w rękach tej rodziny i należy do parafii Bobrowo, który to majątek przed niedawnym czasem sprzedał ówczesny właściciel komisji kolonizacyjnej, a która od tego czasu rozwielmożniać się zaczyna w naszym powiecie. Nabyła ona później folwark Zgniłobłoty od p. W. i folwark Forstamt od p. Zielińskiego, wieś Niewierz, a przed kilkoma tygodniami wieś Grzybno, kiedyś własność p. Stanisława Łyskowskiego, obecnie właściciela Bąkowa w Kujawach, który sprzedał wieś tę Niemcowi. Dziedzicem ostatniego był w ostatnim czasie Niemiec, a mimo to kupiła go na subhaście komisja kolonizacyjna z obawy, aby go nie kupił pewien Polak, który podstawiony przez właściciela hipotecznego na Grzybno licytował, albo też z obawy, aby wieś ta rozgraniczająca Bobrowo od Wichulca, który komisja za każdą cenę nabyć zamierzała, nie dostała się w ręce prywatne...”.
Dlaczego komisji kolonizacyjnej tak bardzo zależało na kupnie położonego blisko Bobrowa majątku w Wichulcu? Być może wynikało to z szerzej nieznanych opinii publicznej planów komisji kolonizacyjnej. Jednak jej cenna informacja wyciekła: otóż po kupnie Niemcy zamierzali utworzyć z wichuleckiej gorzelni mleczarnię dla niemieckich kolonistów, jako własność spółki obywatelskiej.
Gdy okoliczni, polscy właściciele gospodarstw i majątków zorientowali się w tych planach, powzięli wspólny plan - Niemców należało w tych planach po prostu ubiec. Dla uratowania majątku w Wichulcu przed wykupem z rąk niemieckiej komisji kolonizacyjnej i zamienieniu go w niemiecką mleczarnię, postanowiono więc uczynić możliwie wiele, by uchronić go od takiego losu i zachować w polskim ręku. Zaproponowano więc, by z inicjatywy obywateli Prus Zachodnich, a więc zgodnie z prawem utworzyć taką właśnie „Spółkę Obywatelską”, składającą się z 10 członków - najlepiej polskojęzycznych obywateli ówczesnej II Rzeszy.
Głównym obowiązkiem spółki było skupienie w swoich rękach odpowiednio wysokiego kapitału, który pozwoliłby na uregulowanie interesów majątkowych państwa Karwatów. Miało to dać Spółce pewność hipoteczną. Krótko mówiąc, najpierw zamierzano spłacić długi właścicieli pod zastaw Wichulca. Okazało się jednak, że wobec tej huraoptymistycznej wizji utrzymania majątku w polskich rękach najmniej serca mieli najbogatsi Polacy.
Oto ówczesny komentarz dziennikarski w tej sprawie: „ - Niestety, przychodzi mi tu przy tej sposobności poruszyć sprawę nie bardzo miłą. Wszystkich zamożniejszych obywateli w powiatach brodnickim, chełmińskim, wąbrzeskim i lubawskim zaproszono do udziału w tym przedsięwzięciu, o ile mi się zdaje, bardzo na czasie będącem. Lecz cóż się stało? - oto najzamożniejsi i najmniej mający obowiązków panowie łudzili pierwotnie komitet w tym celu tworzony obietnicami, a następnie zasłaniający się jakiemiś tam dowodzeniami figę pokazali, naraziwszy komitet na niepotrzebne drogi i koszta, i nic nie dali. Komitet wszelako się nie zraził: przystąpiło do spółki 6 członków, w tem głównie mniej zamożnych, a w części początkujących gospodarzy, ale cel osiągnięto i Spółkę zawiązano, ratując majątek od zagłady, a co więcej dając świetny przykład, jak to w podobnych przypadkach radzić sobie można, jak to solidarność, której niestety brak w naszym obywatelstwie, wielkie rzeczy zdziałać potrafi. Pamiętajmy, że sobkowatość i grasującą u nas próżność uwydatnienia się nie czynami publicznemi i dogadzanie fantazyi, nigdy dodatnich owoców wydać nie może”.
Majątek w Wichulcu może na pewien czas wydawał się być uratowany. Tymczasem komisja kolonizacyjna także nie zasypiała gruszek w popiele. Walka trwała o każdą wieś i jej areał bez przerw i bezpardonowo. Już wkrótce polscy ziemianie mieli się przekonać, że ich zwycięstwo może być zaledwie jakąś „lotną premią” w tym długim biegu.

Smutne wieści w sprawie Grzybna i Kruszyn

Jeszcze w tym samym 1890 roku pojawiły się kolejne doniesienia prasowe w sprawie utraty kolejnych wsi położonych niedaleko Bobrowa i nabycia ich przez nieobliczalną komisję kolonizacyjną: „Wieś Grzybno w powiecie brodnickim, która była w sekwestracji landszaftowej, kupiła w tych dniach komisja kolonizacyjna poznańska. Grzybno było niegdyś własnością Euzebiego Łyskowskiego, po jego śmierci przeszło na własność syna Stanisława [Łyskowskiego], który je odsprzedał przed 20 kilku laty Kulowowi, a od tego Kulowa [Niemca] kupiła je teraz komisja. Grzybno należy do parafii Bobrowo, które już komisja rozkolonizowała. W tej samej parafii leży także Wichulec i Kruszyny wraz z Lisem [obecnie Lisa Młyn-RS] i Anielewem”. Gazeta Toruńska grzmiała na alarm: „Łatwo sobie wystawić, że katolicy powinni się wszelkimi siłami starać, żeby Kruszyny i Wichulec pozostały w rękach katolików!”. Tymczasem wieści z Poznania, gdzie tamtejsi bankierzy finalizowali sprawy kupna-sprzedaży tych majątków nie napawały optymizmem. Bolało zwłaszcza to, że tamtejszy bank ziemski powstał z trudem wypracowanych i zebranych składek polskich ziemian i jak rozumiano, powinien pomagać zwłaszcza Polakom. Rzecz wyglądała jednak zupełnie inaczej. Również w 1890 roku bank ziemski w Poznaniu nabył majątek Kruszyny i rozparcelował jego areał. Tymczasem folwark w pobliskim Anielewie, należący do Kruszyn, sprzedał bank dwóm braciom o niemieckim nazwisku - Sand. Zarówno dziennikarze, jak i piszący do redakcji Polacy wspólnie utyskiwali na wariackie wręcz tempo sprzedaży majątków. Pytano, dlaczego bank nie czekał na innych kupców, którzy mogliby kupić majątki po wyższej cenie, dlaczego wśród kupujących nie było żadnych Polaków i w ogóle dlaczego nie rozłożono kredytów hipotecznych na nowych warunkach. Bolało zwłaszcza to, że polski stan posiadania w okolicach Bobrowa tracił z dnia na dzień i nikt nie był w stanie temu w żaden sposób zaradzić.

Na podstawie:
Gazeta Toruńska 1889, R. 23, nr 28; 1890, R. 24, nr 107; 1890, R. 24, nr 149; 1890, R. 24, nr 197.