Choć podbrodnickie Tivoli nigdy nie trafiło do urzędowych spisów miejscowości, to jednak wielu mieszkańców Brodnicy i okolic jest przekonanych o istnieniu osady o takiej nazwie. Ba, potrafimy nawet dość precyzyjnie określić, gdzie ona leży! Skądinąd znakomita, internetowa strona www.mapyMap.pl, jedna z tych dzięki którym można sobie szczegółowo zaplanować podróż do nawet najbardziej „zatłuczonej” wsi w Polsce, oczywiście pokazuje Tivoli na swojej mapie. To nie wszystko, bo w objaśnieniach podaje, że: „Miejscowość Tivola leży w województwie kujawsko-pomorskim, powiecie brodnickim, gminie Brodnica i jest wsią liczącą 50 mieszkańców” (!). No?... Proszę bardzo! To je rychtyk termedyja, bo co z tego, że w urzędzie coś takiego nie istnieje, skoro w realu - weno - jest! Przy okazji po raz kolejny wychodzi, że brak urzędowego wpisu oficjalnej nazwy miejsca powoduje radosną twórczość w przekręcaniu miana Tivoli, na Tivola, Tiwola, Tywola itd. Dziwne, ale tak było od pierwszych wzmianek o istniejącej tu restauracji czy letnisku i to mimo tego, że do wejścia bolszewików w 1945 roku to miejsce wyraźnie nazywał szyld reklamowy - „TIVOLI”. Tymczasem w niezwykle rzadkich wzmiankach prasowych z lat międzywojennych też mamy bajzel w tym względzie, choć większość stosuje włoski zapis. Jednak np. Sylwester Bizan w swym w swym wspomnieniu jeden raz wymienia „letnisko Tiwola”, podobnie zapisuje w swych publikacjach „Ziemia Michałowska”, natomiast „Słowo Pomorskie” wyłącznie „Tivoli”. Pewien mój znajomy twierdzi, że owe różnice mogły wynikać z... przekonań politycznych. Podobno po odzyskaniu niepodległości w 1920 roku nasi wielce zasłużeni narodowcy chcieli polonizować co tylko się da i ponieważ litera „v” w naszym języku ma minimalne zastosowanie, zatem mogli uznać, iż pisanie przez „w” będzie w brzmieniu bardziej polskie. To przypuszczenie może się wydać nieco karkołomne, jednak przy bliższym zapoznaniu się z tematem już wcale takie nie jest. Gorliwość naszych dziadów, która może dziś wywołuje uśmieszek, wówczas, po długiej niewoli, gdy Polacy cieszyli się dopiero co spełnionym snem niepodległości i nareszcie mogli wiele wokół siebie urządzić po swojemu, była całkiem zrozumiała.

Zła sława, czarny punkt

To, że Tivoli tak bardzo zapadło w zbiorową pamięć brodniczan, jest nie tylko zasługą oryginalnej nazwy, sławy restauracji, czy zabaw ogrodowych, bo gdy wszedłem nieco głębiej w archiwa zdarzeń, jakie miały miejsce w ścisłym pobliżu, lub w związku z Tivoli poczułem się zaskoczony. Konsternację budzi zwłaszcza nieprzeciętnie wysoka liczba wypadków drogowych z udziałem pojazdów mechanicznych! Przypomnę, że w latach dwudziestych XX wieku w Brodnicy było zarejestrowanych ledwo kilkadziesiąt samochodów, z czego co najmniej połowę stanowiły prawdziwe rzęchy (to zmieniło się dopiero po 1930 r.). W wielu wsiach powiatu przejeżdżające auto wciąż stanowiło nie lada sensację, natomiast tu pod Tivoli rozbijały się one z częstotliwością większą, niż w dzisiejszych czasach i to niemal pod ścianami restauracji! Przytoczmy kilka, z tych najbardziej spektakularnych, które wręcz wstrząsnęły okolicą. Oto 15 czerwca 1925 roku, wieczorem, młody kierowca „torpedy” marki Adler Kleinwagen mknął w kierunku Brodnicy swoją maszyną wyposażoną w czterorzędowy silnik 1551 cm sześc., o zabójczej mocy 16 koni mechanicznych i prędkości maksymalnej nawet do 60 kilometrów na godzinę, gdy na drodze pojawił się rowerzysta, który po kilku głębszych uporczywie próbował jazdy na rowerze. Chciał chłop koniecznie do przodu, ale wej jakaś frechowna siła ciskała nim na boki. Ponieważ młody nie planował rozjechania pijaka, to podjął manewr wyminięcia go. Nieudany. Wylądował w rowie, na wprost głównego wejścia do Tivoli. Adler niemal się rozleciał, natomiast kierowca strasznie pokiereszowany, na chłopskiej furmance (!) został zawieziony do szpitala. Niestety nie wiemy jaki był jego dalszy los. Miesiąc później kierowca forda wiozącego pana Łyskowskiego (krewnego TEGO Łyskowskiego) i jego siostrę, nie chcąc rozjechać wałęsającej się po drodze owcy wykonał zbyt gwałtowny ruch kierownicą i tuż przed restauracją wpadł do rowu. Ford natychmiast stanął w płomieniach, lecz ludzie zdążyli w porę z niego wyjść. 2 października tego samego roku, wiejski rzeźnik, niejaki Węglarski jechał swoim wyładowanym mięsnymi delicjami zaprzęgiem do Brodnicy i miło sobie gawędził z siedzącą obok na koźle śliczną żonką miejskiego komornika sądowego (no, no, nie pytajcie skąd się wzięła na wozie Węglarskiego, może imponowała jej fura pana rzeźnika) oraz jej córeczką. Nagle od strony miasta pokazał się warczący jak sto diabłów opel, co tak wystraszyło nienawykłego do widoku samochodu konia, że spanikował i zaszarżował wprost na nadjeżdżający pojazd. Opel został rozbity, choć osoby w nim siedzące wyszły bez specjalnych obrażeń, natomiast pani komornikowa złamała rękę. Jej pociecha tylko nieco się potłukła, ponieważ miała szczęście wylecieć z wozu wraz z pętami doskonałej wurszty, lebery, kaszuwy, tudzież wędzonego szpeku, które zamortyzowały upadek. Ciekawe, że zdarzenie miało miejsce w tym samym kawałku rowu, gdzie zaistniał poprzedni wypadek - tuż pod drzwiami restauracji! Węglarski tylko nabił sobie guza i podarł portki, natomiast najgorzej powiodło się koniowi, bo złamał nogę i na prośbę rzeźnika został zastrzelony przez przybyłego policjanta.
Dwudziestolecie zamknął koszmarny wypadek Martina Schultza - bogacza z Małek, który w podobnych okolicznościach jak Łyskowski i niemal w tym samym miejscu roztrzaskał swojego opla o wyładowany kurami konny wóz pobożnego Eliasza Rajsmüllera (bliski krewny brodnickiego rabina Mordechaja). Schultz pokaleczył się okropnie szkłem z rozbitych szyb, zaś nad pobożnym Eliaszem Opatrzność najwidoczniej czuwała, gdyż chyżo stanął na nogi, po czym z miejsca zaczął gonić rozpierzchnięte na wszystkie strony kury. Beznadziejnie rannego konia z litości zastrzelił dzierżawca Tivoli. Dwa miesiące później robotnik poprawiający pobocze jezdni na wysokości głównego wejścia do restauracji tak się zagapił na nadjeżdżającego rowerzystę, zaś ten na niego, że doszło do zderzenia, w następstwie czego obaj upadli, lecz robotnik uderzył przy tym głową o przydrożny kamień i... skonał biedak na miejscu!
W latach 30. paskudne fatum nadal wisiało nad okolicami letniska, zaś wypadki w tym miejscu nadal powtarzały się z zadziwiającą, ale i z zastanawiającą regularnością. Chyba najbardziej spektakularny był ten z 19 marca 1933 roku. Oto 30 chłopaków z Brodnicy należących do „Strzelca” postanowiło czynem uczcić imieniny swego idola, czyli marszałka Józefa Piłsudskiego i rankiem pomknęło na rowerach do... Torunia! Tam wzięli udział w oficjalnych uroczystościach, zaś zachwycony tym przedsięwzięciem brodnicki starosta Jan Wimmer - zagorzały piłsudczyk, wysłał po nich ciężarówkę, aby nie musieli pedałować w drodze powrotnej. Niestety, przed samą Brodnicą samochód wpadł do rowu. Jak myślicie; w którym miejscu?... No jasne! Dokładnie w tym samym co poprzednicy! Chłopaki potłukli się porządnie, zaś jeden nieprzytomny trafił do szpitala. Jakiś diabeł siedział w tym miejscu, bo do wojny 1939 roku odnotowano jeszcze prawie czterdzieści poważniejszych zdarzeń!

Bandyci, przemytnicy i policjanci

W Tivoli, jak w każdej porządnej charyzmatycznej knajpie spotykały się dwa światy; ten oficjalny, czyli obiadek, piwko, potańcówka z panną Genią, przedstawienia teatralne organizowane przez grzecznych Niemców z miejscowego Deutsche Vereinigung (Zjednoczenia Niemieckiego) i ten nieoficjalny, czyli spotkania szefów band przemytniczych znad pobliskiej granicy, ciemne interesy agentów wywiadu, po antypolskie tajne zebrania niemieckich szowinistów, organizowane (pod przykrywką spotkań kulturalnych) choćby przez takie kanalie jak Albert Quednau z pobliskich Drużyn. Co ciekawe, powstałe w maju 1928 roku brodnickie koło ogólnopolskiego stowarzyszenia Rodzina Policyjna właśnie w Tivoli organizowała letniska dla dzieci i młodzieży. Cieszyły się one znaczną popularnością, podobnie zresztą jak wypady naszych harcerzy, którzy bawiąc się w gry terenowe w pobliskim lesie, przeważnie kończyli je „ogniskiem przy Tywoli”.
Z zachowanych dokumentów po niemieckim konsulacie w Toruniu wynika, że toruński konsul Ernst Pochhammer co najmniej raz, incognito, mógł być w Tivoli. Tak przynajmniej wynika z jego raportu napisanego w styczniu 1932 roku, gdzie donosił o wspólnych manewrach 4. pułku artylerii polowej z Inowrocławia oraz żołnierzy toruńskiego 63. i brodnickiego 67. pułku piechoty, które widział z daleka z „osobistego objazdu”. Dowództwo tamtych manewrów zainstalowało się w Szabdzie, więc mógł je widzieć jedynie z Tivoli (ponieważ wspomina o restauracji). Zresztą konsul Pochhammer najwyraźniej miał w rejonie Brodnicy dość ruchliwą siatkę szpiegów, bo gdy tylko brodnicka jednostka przeprowadzała jakieś podmiejskie ćwiczenia, lub takie jak w marcu 1929 roku próbne alarmy bojowe, połączone z zajmowaniem obiektów publicznych w mieście, to natychmiast informował o nich Poselstwo Niemieckie w Warszawie. Tymczasem brodniccy policjanci nie tylko próbowali „roztaczać dyskretną opiekę” (z sukcesami) nad podejrzanymi o szpiegostwo, lecz nawet typowali ludzi do pracy w polskim kontrwywiadzie. Część rozmów odbywała się w restauracji Tivoli. Jeszcze pewnie kiedyś do tego wrócimy, bo coraz więcej wiadomo na ten sensacyjny temat, lecz teraz muszę wspomnieć, że pod letniskiem Tivoli policja brodnicka, kierowana wprawną ręką komendanta Bronisława Orzechowskiego urządziła kilka spektakularnych zasadzek na różnej maści bandziorów, a jedna z nich, przeprowadzona w Boże Narodzenie 1936 roku zakończyła się gwałtowną strzelaniną pod murami restauracji. W ręce stróżów prawa wpadła wówczas 14-osobowa banda koniokradów rządzona przez niejakiego Blejcha z Lipna. Pozwolono im jeszcze ukraść konie we Wrockach ze stajni Wojciecha Rocławskiego, a gdy ciemną nocą prowadzili je w kierunku Brodnicy sami weszli w sam środek policyjnego kotła. Gdy zorientowali się w sytuacji próbowali odstraszyć funkcjonariuszy gwałtownym ogniem pistoletowym, na co policja odpowiedziała natychmiast i wówczas poznali, że są okrążeni. Godzinę później wszyscy wylądowali w więzieniu przy ul. Sądowej.
Najdziwniejszy finał policyjnej obławy w pobliżu Tivoli miał miejsce rankiem 19 kwietnia 1929 r. Nocą dwaj złodzieje obrabowali w Jabłonowie sklep Kokoszyńskiego z częściami rowerowymi. Zapakowali wszystko w wory, wsiedli na zdobycznie rowery i jazda po omacku do Brodnicy! Jednak włamanie spostrzegł pracownik jabłonowskiej elektrowni, zadzwonił do brodnickiego komisariatu, zaś nasi policjanci zarekwirowali prywatny samochód i pomknęli w kierunku Jabłonowa na spotkanie rabusiom. Dopadli ich w Mileszewach, lecz ci porzucili rowery, po czym dali dyla w pole. A policja biegiem za nimi! Złodzieje po drodze porzucali łupy, własne kurtki, pogubili w błocie buty, podarli ubrania, tak, że w końcu do lasu koło Tivoli dobiegli wykończeni i półnadzy, a jeden z nich padł ze zmęczenia przy restauracji. Za nimi, jakby nigdy nic, w pełnej krasie eleganckiego umundurowania chyżo dobiegli czterej brodniccy policjanci (truchtem z Mileszew!). Sprali obdartusa pałami, potem zawlekli go do więzienia. Drugiego kolesia schwytali niebawem. Nakryli go, gdy będąc w samej koszuli i podartych gaciach próbował w Szabdzie „gwizdnąć” z linki uprane portki... Dostał więzienne