Diabelec - to przysiółek Brzezin, wsi leżącej w gminie Górzno. Przed wojną była to duża wieś położona w środku lasu. Blisko niej, na uboczu, wybudował dom pewien drwal. Ciężko pracował w lesie, a żona codziennie przynosiła mu tam jedzenie. Któregoś dnia, nie wiedzieć dlaczego, nie pojawiła się. Drwal cierpliwie jej wyglądał, czekał, ale ostatecznie się nie doczekał. Głodny i zdenerwowany mąż przyszedł do domu i... oniemiał. Połowicę swoją zastał w jakimś dziwnym transie. Święte obrazki wisiały na ścianach izby poodwracane wizerunkiem do ścian. Drwal zaczął wypytywać, co jej się stało. Wówczas mało przytomna kobieta, kiedy już trochę doszła do siebie, zaczęła opowiadać. Kiedy szła przez las, na drodze spotkała jakiegoś dziwnego mężczyznę. Nigdy wcześniej takiego nie widziała. Nieznajomy był eleganckim panem w długim płaszczu i kapeluszu na głowie. Zaczepił niewiastę i powiedział, że zdradzi jej pewną wielką tajemnicę. Jaką - nie chciała mężowi ujawnić. Ten, wysłuchawszy dziwacznej opowieści, machnął ręką, uznając, że kobiecie być może coś się przywidziało, i postanowił zapomnieć o całym zdarzeniu.
Ale był to dopiero początek dalszego ciągu przyszłych, niesamowitych wydarzeń. Pobożna dotąd drwalowa przestała chodzić do kościoła. Zyskała niezwykłą przenikliwość umysłu, potrafiła czytać w ludzkich myślach oraz przewidywać przyszłość. Bardzo często biegała po lasach, odprawiając jakieś tajemnicze rytuały.
Wkrótce wieś jednogłośnie uznała ją za czarownicę. Zdarzyło się, że kiedy na próbę jej kuzyn ukradkiem dolał do wody w miednicy wody święconej, ona natychmiast ją wylała, a miednicę dokładnie wypłukała. I to był już ewidentny dowód na to, że żona drwala weszła w konszachty z siłami nieczystymi. Dogadała się z samym diabłem! Zrozpaczony mąż nic na to nie mógł poradzić. Po śmierci żony w domu na Diabelcu zaczęło straszyć. Coś tłukło się na strychu, coś zawodziło na polanie wokół domostwa. A nocami na pobliskim bagnie ludzie widywali dziwne, tajemnicze ogniki. Wdowiec, nie mogąc znieść całej niesamowitej sytuacji, wreszcie sprzedał chałupę, wyjechał w niewiadomym kierunku i wszelki ślad po nim zaginął.

Seria nieszczęść

Nawiedzony dom kupiło jakieś młode małżeństwo, ale mieszkali w nim krótko. Ona pewnego dnia gdzieś uciekła, on z rozpaczy się powiesił. A samo domostwo po jakimś czasie popadło w ruinę, bo kolejnych chętnych i odważnych do zamieszkania w tym miejscu już nie było. Od tej pory miejscowi także zaczęli omijać to siedlisko.
Najbliższa okolica zyskała tak złą sławę, że podczas ostatniej wojny nawet hitlerowcy, przeczesujący miejscowe lasy w poszukiwaniu partyzantów, bali się tam zapuszczać. Minęła wojna, ale zakorzenione na Diabelcu zło ponownie dało znać o sobie. Znowu na leśnych drogach zaczął się pojawiać dziwny elegant w płaszczu i kapeluszu. Na swoją kolejną ofiarę upatrzył sobie pewnego mieszkańca Brzezin. To był zwykły, prosty człowiek, życzliwy ludziom i całemu światu. Nagle zaczął się całkowicie zmieniać, budząc niemałe zdziwienie wśród sąsiadów i znajomych. Czytał jakieś nieznane, tajemne księgi, opowiadał o spotkanym w lesie mężczyźnie. Z niewiadomych przyczyn odsunął się od wszystkich, stając się zdziwaczałym samotnikiem. Ludzie widywali go mknącego drogami w saniach zaprzężonych w konie. Nie zimą, tylko... latem! Miał też zły wpływ na ludzi, z którymi się widywał.
Jak wspominała przed laty Hanna Kostrzyńska, emerytowana nauczycielka z Górzna (dziś mieszkająca w Toruniu) - miała kiedyś w swojej klasie bardzo dobrego ucznia. Był zdolny, wrażliwy i bardzo kochał swoją matkę. Jednak wiedziony ciekawością zaczął chodzić na Diabelec, gdzie spotykał się z opętanym z Brzezin. A ten sączył mu do głowy swoje niesamowite opowieści. Kiedyś świetny i zdolny uczeń z trudem ukończył szkołę i wkrótce... zabił własną matkę! Być może do dziś odsiaduje wyrok w więzieniu. Jak ostatecznie potoczyły się dalsze losy opętanego mężczyzny z Brzezin, nikt dziś już nie wie. Wiadomo tylko, że nawiedzony dom na Diabelcu przestał istnieć. Ludzie jak przed laty bali się tego miejsca, omijając je z daleka. Niektórzy nawet głośno nie chcieli wymawiać jego nazwy. Wierzyli, że przynosi to pecha i że czające się tam piekielne moce można nieopatrznie obudzić. Okazało się, że nawet w czasach bardzo nam współczesnych.

Super Express” na drzewie

Jakieś 14 lat temu o historii związanej z Diabelcem dowiedzieli się dziennikarze z „Super Expressu”. Postanowili przyjechać do Górzna, udać się na Diabelec, by na własne oczy zobaczyć miejsce od lat budzące powszechną grozę. Podobno nikt z mieszkańców Górzna nie chciał robić za przewodnika w tejże wyprawie. Bez ogródek mówili, że się boją, a nawet radzili dziennikarzom, aby też sobie odpuścili i nie prowokowali losu. Oczywiście, żądni mocnych wrażeń ludzie pióra - nie zważając na przestrogi - postanowili na Diabelec pojechać i oko w oko spotkać się z „dotknięciem nieznanego”. Do osobistego spotkania z diabłem wprawdzie nie doszło, ale wiele niespodzianek zdarzyło się w drodze powrotnej. Zupełnie bez przyczyny szyba samochodu rozleciała się w drobny mak, w połowie drogi kierownica prowadzącego auto oderwała się, pozostając w jego rękach. Na koniec samochód uderzył w drzewo. Załoga wyszła z tego cało, ale poprzysięgli sobie, że nigdy więcej już tu nie przyjadą... Jakiś czas po niefortunnej wyprawie dziennikarze zasięgnęli języka u proboszcza górznieńskiej parafii. Duchowny miał wówczas powiedzieć, że złe moce istnieją, a ich pobytowi na Diabelcu jednoznacznie nie można zaprzeczyć. Być może w dawnych czasach w tym miejscu odprawiano jakieś pogańskie, magiczne rytuały, a świadczyć o tym mogą tajemnicze kamienne kręgi ułożone właśnie w tym miejscu. Może wśród nich składano ofiary „złemu”?

Ja też tam byłam

Jakiś rok po opisanych wydarzeniach, także wiedziona najzwyklejszą ciekawością, postanowiłam ze znajomymi pojechać na Diabelec. Wczesną jesienią, w biały dzień. Po przybyciu osobiście zobaczyliśmy to dziwne, tajemnicze miejsce. W środku leśnej polany rysowały się porośnięte mchem szczątki fundamentów nawiedzonego domu z pozostałościami zmurszałych schodów, prowadzących do nieistniejących już drzwi. Niedaleko znajdował się mocno wrośnięty w ziemię kamienny krąg, z dużymi kamieniami pokrytymi tajemniczymi żłobieniami. Szczególną uwagę zwracał jeden z nich, pośrodku którego widoczna była głęboka, okrągła dziura. Niektórzy ludzie uważali, że dlatego jest tak dziwna i gładka, bo stanowi ślad po... diabelskim pazurze. Oczywiście, bez namysłu wetknęłam w nią palec i dość długo potrwało, nim udało mi się go z niej wydobyć. Całości niesamowitego krajobrazu dopełniały znajdujące się u podnóża polany niedostępne bagniska. Pod koniec wizyty w tajemniczym miejscu w pobliżu ruin dawnego domostwa spostrzegliśmy spory dół, stare wysypisko śmieci. Na pamiątkę zabrałam z niego wyszczerbiony, żelazny widelec. I tyle. Spokojnie wróciliśmy do domu. Ale wkrótce zaczęły się w nim dziać historie, może nie jakieś dramatyczne, ale jednak dające do myślenia. W ciągu kilku dni zepsuła się pralka, zaczęła niedomagać lodówka, z licznikiem prądu też coś było nie tak. Zaginęły klucze od domu oraz ważny notes z adresami i telefonami. Przypadek, czy nie tylko? I nagle moim oczom ujawnił się przywieziony z Diabelca stary widelec. Po dokładnym przyjrzeniu się stwierdziłam, że ma wyłamane dwa środkowe zęby. A pozostałe dwa zewnętrzne przypominają - nomen omen - diabelskie rogi! Wyrzuciłam go najdalej, jak potrafiłam, i powoli niewyjaśnione domowe zdarzenia powróciły do normy.
Minęło kilkanaście lat, po których postanowiłam ponownie przyjrzeć się fenomenowi Diabelca. Kilka dni temu udałam się do Urzędu Gminy w Górznie. Tam u urzędniczki zajmującej się ewidencją ludności zapytałam, ile obecnie osób mieszka na Diabelcu i czy słyszała coś na temat tego niesamowitego miejsca. O złych mocach pani niewiele słyszała, ale, poszukawszy w dokumentach, stwierdziła, że obecnie na Diabelcu nikt już na stałe nie mieszka. Jest to miejsce wymarłe, opuszczone. Podobnie sprawa wygląda w przypadku pobliskich Brzezin, gdzie znajdują się nieliczne domy, na stałe też niezamieszkałe. Są własnością „miastowych”, którzy korzystają z nich tylko sporadycznie w krótkim okresie wakacyjnym. Przysłuchujący się naszej rozmowie mieszkaniec Fijałek, który przyszedł po odbiór nowego dowodu osobistego, tak podsumował temat:
- Widać sam diabeł swoim ogonem wszystkich ludzi stamtąd wymiótł.
I jak w każdej takiej sytuacji, kto chce, niech wierzy, kto nie chce - nie musi. Ja z pewnością na Diabelec nigdy więcej się nie wybiorę. A elegantów odzianych w płaszcz i kapelusz na głowie wolę spotykać choćby na Rynku w Brodnicy niż w leśnych ostępach...

O tym niesamowitym miejscu napisałam m.in. na podstawie rozmów z byłymi i obecnymi mieszkańcami okolicznych miejscowości