O kolejarzu z Jabłonowa

Radosław Stawski
17.05.2017 12:14
A A A
.

. (Fot. Archiwum: Kazimierz Janicki (z lewej) w czasach, gdy był uczniem liceum. Jego historię spisała Weronika Rzepka (z prawej))

Weronika Rzepka, uczennica gimnazjum w Jabłonowie Pomorskim w tym roku zdobyła wyróżnienie w IX edycji Wojewódzkiego Konkursu Historycznego w Toruniu im. gen. bryg. prof. Elżbiety Zawackiej "Oni tworzyli naszą historię". Pracę pt. "Wieloletni kolejarz na bocznym torze" napisała pod kierunkiem mamy i zarazem nauczycielki Ewy Rzepki - mającej z uczniami szereg sukcesów w tym konkursie

Znany poeta Edward Stachura, bywający w Jabłonowie w latach 70. XX w. mawiał, że to miasto kolejarzy i fryzjerów. Kazimierz Janicki z tego miasta został kolejarzem i to jego losy - począwszy od okupacji hitlerowskiej i czasów stalinowskich - opisała młoda jabłonowianka.

Z Ameryki do Jabłonowa

W jego rodzinne losy wpisał się wyjazd na emigrację, gdzie w stanie USA Północna Dakota przebywali dziadkowie pana Kazimierza ze strony matki - babcia Waleria i dziadek Adolf. Weronika Rzepka pisze dalej tak: "Niestety, dziadek uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas pracy w amerykańskiej kopalni. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ten epizod emigracyjny kiedyś ocali rodzinę przed niechybną zgubą. Babcia po śmierci męża w 1926 roku postanowiła wraz z dziećmi, w tym matką świadka naszych wydarzeń, Emilią Malinowską, powrócić do Polski. Zamieszkała w Czersku, a następnie w Gdyni. Rodzice małego Kazika - Leon i Emilia z d. Malinowska - ślub zawarli 30 marca 1932 roku w Jabłonowie. Kazik przyszedł na świat 27 lutego 1936 roku.
Wybuch II wojny światowej 1 września 1939 roku otworzył nową kartę doświadczeń naszego świadka wydarzeń, w tym momencie małego 3,5-letniego dziecka. Głowy rodziny nie było już w domu, gdyż został powołany do Wojska Polskiego. Uciekając przed Niemcami w kierunku wsi Budziszewo po drodze mijano uciekinierów, w tym załadowaną furmankę, a przy niej zastrzelonego konia i biegającego wokół źrebaka. Siostry pana Janickiego zaczęły płakać i w tym smutnym nastroju gospodarz pan Kłosowski zawiózł całą rodzinę do Budziszewa. Na wsi poczuli się wszyscy bezpieczniej, dziećmi zajęła się pani >Celka, koleżanka mamy Kazika. Z niepokojem wszyscy oczekiwali wieści z frontu. Na szczęście, pomimo odniesionej rany w nogę ojciec Kazika żył, ale przebywał w niemieckiej niewoli. Po krótkim pobycie w obozie został skierowany na przymusowe roboty do fabryki prochu i amunicji obejmującej Bydgoszcz Łęgnowo [może tu chodzić tu o DAG Fabrik Bromberg, fabrykę prochu i amunicji położoną w południowo-wschodniej części Bydgoszczy].

W hitlerowskiej szkole

Wraz z napaścią Niemiec na Francję władze hitlerowskie rozpoczęły werbowanie żołnierzy. Ojca Kazika postawiono przed wyborem: albo jako żołnierz niemiecki wyruszy na front, albo cała rodzina wraz z nim trafi do obozu. Ojciec, chcąc ratować rodzinę, wybrał pierwsze rozwiązanie, które, niestety, wiązało się z podpisaniem volkslisty. W międzyczasie cała rodzina powróciła do Jabłonowa, gdzie mieszkała przy ulicy Kościelnej. Podpisanie volkslisty wiązało się także z przymusowym uczęszczaniem dzieci do niemieckiej szkoły. Kazik naukę w niemieckiej szkole rozpoczął w 1943 roku, ale samego pobytu w niej nie wspomina dobrze. Zwłaszcza jedno wydarzenie zapamiętał jako szczególnie wstrząsające. Dotyczyło ono pobicia go przez kierownika szkoły podczas apelu 20 kwietnia 1943 roku z okazji urodzin Adolfa Hitlera. Z rozbitym nosem, cały zakrwawiony Kazik uciekł do domu, a następnie przez trzy dni odmawiał pójścia do szkoły. Wrócił do niej dopiero, gdy przyszedł po niego policjant i zagroził wywiezieniem całej rodziny do lagru, czyli obozu pracy lub obozu koncentracyjnego.
Po powrocie matki z sanatorium babcia z wnukiem Kazikiem udała się do Gdyni, gdzie uczęszczał on do szkoły. W jednym z bombardowań aliantów na port wojenny bomba trafiła w ich dom i wpadła do piwnicy, w której ukryli się mieszkańcy. Bomba szczęśliwie nie wybuchła... Po tym wypadku ciocia Helena odwiozła Kazika do Jabłonowa.
Front wschodni w styczniu 1945 roku zbliżał się do Jabłonowa, więc w obawie przed Rosjanami rodzina Kazika uciekła pieszo do wsi Szczepanki, gdzie stacjonowało jeszcze wojsko niemieckie, które wycofując się 20 stycznia wysadziło most kolejowy w Jabłonowie. 21 stycznia pojawili się na motocyklu żołnierze radzieccy, którzy rozpytywali o Niemców i drogę na Berlin. Mówiąc po rosyjsku, zapewniali, że jak skończy się wojna, to będzie dużo słoniny, cukru i chleba. Tego dnia cała rodzina powróciła do Jabłonowa.

Amerykanki nie wzięli

Pod koniec stycznia, w godzinach porannych, zaczęto walić w drzwi mieszkania. Chora i leżąca w łóżku matka kazała je otworzyć Kazikowi: Do pokoju wszedł młody oficer NKWD [Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR], za nim żołnierz z bagnetem na karabinie oraz znany nam Polak (LT). Oficer zasalutował i zapytał z akcentem polskim, czy to pani Janicka. Tak - odparła moja matka, ale zaraz przy tym Polak wskazał palcem na matkę i powiedział: bierzcie, bo to żona żołnierza Wehrmachtu. Matka powlokła się z łóżka i na kolanach objęła oficera za nogi prosząc, by zostawił ją przy dzieciach. Płakaliśmy wszyscy [...] Polak jednak nalegał, by aresztować matkę, bo to Niemka. Matka w rozpaczy zdobyła się na szybką obronę >ja jestem urodzoną Amerykanką. Oficer odpowiedział: to pokaż twoje dokumenty [...] on dokładnie przejrzał te papiery, po czym oddał, zasalutował i przeprosił mamę. Zwrócił się do żołnierza i do Polaka tymi słowami: >uchodzim, nie nada, Polak jednak coś szepnął do ucha, ale oficer wypowiedział głośno: >Ludwik nie lzia, uchodzim i wszyscy opuścili nasze mieszkanie.
W ten sposób amerykańskie korzenie uratowały całą rodzinę przed wywózką w nieznane, zapewne na Sybir. Powodem zatrzymania była podpisana niemiecka lista narodowościowa oraz służba ojca Kazika w niemieckim wojsku. Ojciec Kazika wraz z kolegą 17 czerwca 1944 roku poddał się do niewoli amerykańskiej, a do domu wrócił pod koniec listopada 1945 roku. Na granicy polsko-niemieckiej nie odbyło się bez szykan, gdzie NKWD i polska Milicja kazali im rozebrać się do naga, a następnie zabrali wszystkie rzeczy otrzymane od Amerykanów. W zamian otrzymali wypłowiałe mundury radzieckie, niedopraną bieliznę, po jednym starym i brudnym kocu i starych parcianych butach. Tak >wystrojeni" z sucharami w kieszeniach chcieli wrócić na Zachód, ale >potraktowano" ich pałkami i wskazano, że ich ojczyzna jest na Wschodzie. Radość z powrotu głowy rodziny nie trwała długo. 28 lutego 1947 roku, dzień po 11. urodzinach Kazika, po ciężkiej chorobie zmarła matka. Wszystkie dzieci wraz z ojcem w chwili jej śmierci czuwali przy łóżku. Ojciec uczestnika wydarzeń został sam z dziećmi i na dodatek bez stałej pracy, której długo nie mógł znaleźć. Powodem takiego stanu rzeczy była jego odmowa zapisania się do PPR [Polska Partia Komunistyczna utworzona 5 stycznia 1942 roku w Warszawie, później przekształcona w PZPR, czyli Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.

Tylko dla milicjantów

W 1949 roku ojciec Kazimierza ożenił się po raz drugi, ale w domu nadal było ciężko i biednie. W 1951 roku, po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Jabłonowie, nasz świadek wydarzeń rozpoczął naukę w LO w Brodnicy. Planowano, że po jej ukończeniu, będzie szansa na poprawę bytu całej rodziny. Nie przewidziano pewnych wydarzeń, które miały miejsce podczas dziewiątego roku nauki: >W kl. 9 tego Liceum matka pojechała na wywiadówkę [...]; dała mi pieniądze na parówki i bułkę. Pobiegłem do sklepu mięsnego nad Drwęcą, ale tam sprzedawca zapytał się mnie, czy mój ojciec jest milicjantem. Odparłem, że nie, ale co to ma do rzeczy - zapytałem. Sprzedawca na to, że ma, bo to jest sklep dla milicjantów i się tu nie stawiaj. Ja jednak nadal domagałem się sprzedaży dwóch parówek. Sprzedawca poszedł na zaplecze i zadzwonił na komisariat Milicji, który był bardzo blisko, około 100 metrów, toteż rychło zjawił się milicjant, który mnie wylegitymował i zabrał do dyrektora szkoły. [...] Zapytałem, dlaczego mnie Pan Dyrektor chce ukarać, przecież to jest niesprawiedliwość, aby sklep był tylko dla milicjantów. Dyrektor na to, tego ja nie zmienię. Powiedziałem, dziękuję, ale ja do takiej szkoły nie będę chodzić.

Przymusowa Służba Polsce

W domu uzgodniono, że Kazimierz nie będzie już uczęszczał do szkoły w Brodnicy, a od września rozpocznie naukę w Grudziądzu. W międzyczasie, w lutym 1953 roku, niespodziewanie przyszło wezwanie na komisję lekarską i tym sposobem zakwalifikowano Kazimierza Janickiego, pomimo niedowagi 6 kg, do służby w paramilitarnej jednostce Służba Polsce [polska państwowa organizacja paramilitarna utworzona 25 lutego 1948 roku i przeznaczona dla młodzieży w wieku 16-21 lat. [Na temat tej organizacji pan Janicki udzielił wywiadu w >Czasie Brodnicy z dnia 5 lipca 2013 r. - przyp. autora.] W kwietniu 1953 roku wywieziono młodych chłopców liczących około 16-18 lat do miejscowości Chojna przy granicy polsko-niemieckiej, gdzie w 48. brygadzie wszyscy przeszli przeszkolenie wojskowe. Następnie tych młodych ludzi zatrudniono do ciężkich prac ziemnych i wyładunku z wagonów żwiru i cementu oraz betonowania pasów startowych lotniska wojskowego koło Stargardu Szczecińskiego. W letnie upały ciężkie prace na budowie lotniska rozpoczynały się o świcie. Wraz z nastaniem jesieni junaków wykorzystywano do pracy w PGR-ach przy wykopkach buraków i ziemniaków (...)".

Oprac. Radosław Stawski

Na podstawie:
W. Rzepka, Wieloletni kolejarz na bocznym torze - praca konkursowa, Toruń 2017.

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX