Stowarzyszenie "Pomost" z Poznania od 2002 roku we współpracy z niemiecką organizacją Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. (Ludowy Związek Opieki nad Grobami Wojennymi) w ramach archeologii wojskowej poszukuje mogił żołnierskich i przeprowadza ekshumacje, a następnie dokonuje przeniesienie szczątków do specjalnie wyznaczonych cmentarzy.
- Prace związane z ekshumacjami wykonujemy kompleksowo - docieramy do miejsc, gdzie znajdują się bądź mogą znajdować się jeszcze groby - czytamy na internetowej stronie "Pomostu". - Cenimy sobie współpracę z mediami, które zamieszczają informacje o naszych poszukiwaniach. Skutkuje to następnie nowymi informacjami o grobach. Wykonujemy wizje lokalne, sporządzamy dokumentację, występujemy do właścicieli terenów o zgodę na prace. Po uzyskaniu oficjalnej zgody urzędów wojewódzkich przystępujemy do właściwych prac, w których razem z nami uczestniczy przedstawiciel Volksbundu w Polsce.
- Chcemy, by dzięki naszej pracy jak największa liczba żołnierzy została zidentyfikowana i aby żyjący jeszcze członkowie ich rodzin mogli dowiedzieć się, gdzie spoczywa ich mąż, ojciec czy dziadek - wyjaśnia Adam Białas kierownik robót Stowarzyszenia "Pomost", który przyjechał do Zbiczna. - Rocznie ekshumujemy do 1000 ciał żołnierzy, którzy zginęli w I lub II wojnie światowej.
W przypadku Zbiczna Adama Białas spisał notatkę służbową z opozycjonowaniem przypuszczalnego miejsca pochówku dwóch żołnierzy niemieckich. Wkrótce uruchomiona zostanie ścieżka prawna, w której uprawnione podmioty, między innymi Instytut Pamięci Narodowej wydadzą zgodę na ekshumowanie ciał. Po spełnieniu licznych formalności szczątki żołnierzy zostaną następnie przeniesione na jeden z kilkunastu cmentarzy dla żołnierzy niemieckich - dla województwa kujawsko-pomorskiego jest to cmentarz pod Ełkiem. Wszystkie powyższe zamierzenia spełnią się pod warunkiem, że uda się odnaleźć ciała i je zidentyfikować. Adam Białas apeluje, by każda osoba wiedząca o jakimkolwiek bezimiennym grobie niemieckiego żołnierza kontaktowała się pod numerem tel. 603 60 94 94 lub pisemnie, pisząc na adres www.pomost.net.pl.
O pochówku dwóch niemieckich żołnierzy w Zbicznie wiadomo tylko i wyłącznie dzięki ustnym relacjom mieszkańców wsi, które zdołałem zebrać kilka lat temu.
- Ruscy wkroczyli do Zbiczna około 17-18 stycznia 1945 roku - relacjonował mi 6 lat temu 91-letni wówczas Edmund Brzeziński, świadek zdarzenia. - To była banda i swołocz. W domu naprzeciw naszego jakiś Rusek zgwałcił i potem zastrzelił Polkę, która tam mieszkała. Tam, gdzie weszli, czegoś zawsze chcieli. Kradli na oczach domowników. Widząc obrączkę na palcu, natychmiast żądali by ją oddać. Jeśli ktoś odmówił, odstrzeliwali palec i tak ją sobie zabierali. Niemcy bali się ich jak diabeł święconej wody. W styczniu 1945 roku w jedną noc zebrali się i uciekli. Koło urzędu gminy w Zbicznie Rosjanie zastrzelili wówczas dwóch żołnierzy niemieckich [z relacji innych świadków wynika, że dokonano tego w pobliskiej stodole u państwa Truskawa - przyp. RS]. Od razu zabrali im buty, a jednemu z nich także płaszcz. Kilku mieszkańców wsi na szlufach zaciągnęło zwłoki zabitych na cmentarz ewangelicki w pobliżu mojego domu. Pamiętam, że jeden z nich był bardzo młody i szczupły. Mógł mieć około 17 lat. Drugi był starszy. Mógł mieć jakieś 35 lat. Wraz z Jamrożym i jeszcze innym kolegą pochowałem ich na tym cmentarzu [obecnie za przystankiem PKS w północnej części wsi na trasie do Cichego - przyp. - RS]. Tłukliśmy kilofem w zmarzniętą ziemię, wygrzebując płytki dołek. Tam rozłożyliśmy płaszcz i położyliśmy dwa trupy w niemieckich mundurach bez butów. Na szyi każdy z nich miał połowę blaszki nieśmiertelnika. Tak ich pochowaliśmy w płytkim grobie niemal na środku i lekko w lewą stronę cmentarza. Jako ludziom należał się im przecież pochówek. Jednak w trakcie naszej pracy z drogi przyszło do nas dwóch ruskich żołnierzy. Kazali nam odstąpić i na naszych oczach każdemu z tych zabitych jeszcze raz strzelili w głowę i odeszli. Był to dla mnie tak wstrząsające, że pamiętam ten widok do teraz - opowiadał Edmund Brzeziński.
Inny mieszkaniec Zbiczna, Bronisław Marchlewicz zapamiętał, że podczas okupacji w posterunku żandarmerii w Zbicznie przebywało 3 wachmanów o nazwiskach Wolf, Lendenau i Briszko. Ostatni z nich mówił po polsku i pochodził z Kongresówki. Z kolei ich zwierzchnikiem, a zarazem Komisarzem Urzędowym w Zbicznie podczas okupacji został Joachim Grothe. Na to stanowisko prawdopodobnie został oddelegowany jak większość innych urzędników z głębi Rzeszy. Nie wiadomo jednak, skąd przybył. Do Zbiczna sprowadził się wraz z żoną, synem i córką. Zamieszkał w lokalu opustoszałego urzędu gminy. Do ludności zwracał się wyłącznie po niemiecku. Nie wiadomo jednak, czy nie znał polskiego czy nie chciał mówić w tym języku. Podczas jazdy konną bryczką do Brodnicy nad Niskim Brodnem dokonano nieudanego zamachu na życie Joachima Grothe. Miał więc ukrytych wrogów. Uciekł on wraz z rodziną przed Rosjanami w styczniu 1945 roku, wcześniej paląc na polu część nagromadzonej w urzędzie dokumentacji. Kilka osób twierdzi, że rozkazał podłożyć ładunki wybuchowe dla wysadzenia w powietrze urzędu gminy. Zamiaru nie zrealizował. Kilku mieszkańców domniemywa, że to on rozkazał dwom niemieckim żołnierzom pilnować czegoś w urzędzie, w rezultacie czego zostali zaskoczeni przez Rosjan i zginęli w znajdującej się naprzeciw urzędu stodole państwa Truskawa. Czas pokaże, czy powyższe wskazówki odpowiadają prawdzie i czy okażą się pomocne w odnalezieniu zwłok niemieckich żołnierzy. Ich rodziny z pewnością chciałyby wiedzieć gdzie i jak zginęli.