Maria Jakubowska (z domu Litwiniec) to córka Julii (z domu Zajączkowskiej) i Teodora Litwiniec. Urodziła się 28.11.1910 r. w miejscowości Tomaszowce, obecnie na Ukrainie. Po odzyskaniu niepodległości do końca dwudziestolecia międzywojennego ta miejscowość położona była w obrębie państwa polskiego i mieściła się w województwie stanisławowskim i powiecie kałuskim. Tam dane było jej dorastać i wychowywać się razem ze swoim rodzeństwem pośród polskich i ukraińskich sąsiadów.
24 listopada 1929 roku Maria wyszła za mąż za Rudolfa Jakubowskiego, syna Katarzyny i Józefa. Pozostając cały czas w Tomaszowcach, zaczęli budować swój nowy rodzinny dom. W trakcie robót pani Maria urodziła syna Mariana, później, po wyprowadzce – córkę Janinę, a następnie Jarosławę.
W latach 1932-1933 na ziemiach ukraińskich ZSRR wywołał sztucznie tzw. Wielki Głód (po ukraińsku „Hołodomor”), którego centrum stała się Ukraina środkowa i wschodnia. Było to wynikiem miejscowego sprzeciwu wobec polityki przymusowej kolektywizacji rolnictwa wdrażanej na tych terenach [...]. W efekcie zginęło wiele milionów ludzi, z czego ponad 3,3 miliona na Ukrainie, gdzie mieszkała opisywana rodzina. Był to bardzo trudny okres w życiu rodziny Marii i rodziny Litwińców, gdy głód był na porządku dziennym, a jedynym sposobem na zdobycie produktów spożywczych stał się [...] handel wymienny. Rudolf, mąż Marii, który był szewcem, naprawiał i zelował zużyte buty, inkasując za swoją pracę kawałek chleba czy mąkę.

Czas wojny

Po wybuchu wojny decyzją władz ZSRR mąż pani Marii miał zostać zesłany na Syberię. Jednym z powodów wywózki był fakt, że nie chciał zapisać się do kołchozu [...]. Aby uniknąć wywózki, uciekł do miasta do siostry pani Marii – Anny i jej męża Franciszka Kochów. Pani Maria musiała pozostać w domu razem z dziećmi, gdyż mieli gospodarstwo i ktoś musiał doglądać zwierząt oraz je karmić .
Mimo nawału obowiązków raz w tygodniu pani Maria szła do miasta, do swojego męża i rodziny, żeby zanieść im [...] prowiant, co było nie tylko trudne w przygotowaniu, ale i bardzo niebezpieczne w wykonaniu.

Banderowcy

Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa, niektórzy Ukraińcy, w nadziei na utworzenie własnego państwa, połączyli się w grupy zwane banderowcami. Ich głównym celem było wymordowanie Polaków zamieszkałych na terenie dzisiejszej Ukrainy. Terror miał odstraszyć innych i oswobodzić teren dla potencjalnej budowy państwowości ukraińskiej. Nacjonaliści czaili się więc przy drogach między wsiami a miastami, wyłapywali i mordowali Polaków, którzy uciekali do miast. Dlatego też pani Maria z racji tego, że była Polką, nigdy nie była pewna, czy dotrze lub wróci cała i zdrowa z tej cotygodniowej wyprawy. Najgorsze były noce, gdy to banderowcy wyruszali na „łowy”.

Sposoby zabijania

Dalej Kinga w swojej pracy opisuje gehennę Polaków żyjących wówczas na Wołyniu: „Pani Maria opowiadała, że razem z dziećmi w nocy chowała się, aby uniknąć okrutnej śmierci z rąk Ukraińców. Kryjówki bywały różne: razem z dziećmi spała na konarach drzew czy pod korytami dla krów w stodole. By uchronić swoje dzieci, zamykała je czasowo w drewnianych kastach, w których przechowywano mąkę. Wiedziała ona, że śmierć z ręki banderowca będzie okrutna, powolna i bardzo bolesna, zabijali oni bowiem na wiele wymyślnych sposobów, a niektóre z nich są wymienione w »Komunikacie« napisanym przez syna zaprzyjaźnionych sąsiadów pani Marii Leona Krasuckiego. Były to między innymi: rozcięcie brzucha i nasypanie soli do wnętrza, przywiązanie kończyn i odcięcie ich do wykrwawienia, następnie bicie tępymi narzędziami aż do śmierci, palenie żywcem, przywiązywanie do konia i wleczenie aż do śmierci, oraz wiele różnych, wymyślnie okrutnych sposobów zadania śmierci [...]”.

Ucieczka

W 1944 roku, po zabiciu 43 mieszkańców wsi Tomaszowce przez bandy UPA, Litwińcom nadarzyła się okazja ucieczki pociągiem zmierzającym w głąb kraju. Był to wagon bydlęcy, a miejsca w tym wagonie odstąpili im sąsiedzi Krasuccy. Maria i jej mąż byli narażeni na śmierć – do tego stopnia, że banderowcy urządzali na nich obławy. Jakubowscy zabrali więc wraz z sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy oraz krowę, żeby mieć mleko dla dzieci i siebie samych. Po kilku dniach jazdy dotarli wreszcie do Przeworska, na polskie Podkarpacie, choć nie byli sami, uciekali wraz z kilkoma przyjaciółmi. Tam zamieszkali w małym pokoiku, do którego przyjęła ich jakaś rodzina. Zamieszkiwali to miejsce przez pół roku, wymieniali się różnymi rzeczami, aby przeżyć. Ich znajomy, Marian, mieszkający w Małkach w powiecie brodnickim, napisał wówczas do Marii list, aby przyjeżdżali tu, na Pomorze, gdyż było tam bardzo dużo opuszczonych i wolnych do zasiedlenia gospodarstw.
Za tą namową w 1945 roku pani Maria przyjechała wraz z mężem i dziećmi do Brodnicy, gdzie przy ulicy Przykop znajdował się urząd, który przydzielał gospodarstwa w zamian za pozostawienie dobytku na Wschodzie. Najpierw zostało przydzielone im gospodarstwo w Cielętach, do którego wprowadzili się, dzieląc majątek wespół z rodziną Gęzwa. Spędzili tam około 2 lat. Był to jednak niemiły okres wielu sąsiedzkich nieporozumień i niesnasek, związany głównie z podbieraniem rzeczy gospodarczych, a nawet osobistych. Tak więc za namową pana Mariana rodzina wyjechała do rodziców Rudolfa, której gospodarstwo mieściło się w miejscowości Kawki pod Brodnicą.

W Kawkach

Gdy rodzinne pielesze były już niemal zorganizowane, pani Maria w 1947 roku doznała trwałego uszczerbku na zdrowiu.
W pracy o tym zdarzeniu czytamy: „Piekła ona w izbie chleb, przez co temperatura w tym pomieszczeniu szybko wzrosła, do tego stopnia, że postanowiła otworzyć drzwi i okna. Na skutek przewiewu zaczęło jej najpierw łzawić oko, w kolejnych dniach ból się nasilał, w rezultacie czego bolało ją pół głowy i oko. By temu zaradzić pojechała wraz z mężem do Jabłonowa, gdzie lekarz posmarował jej oko jakąś maścią, po czym poczuła na chwilę ukojenie. Otrzymaną receptę na maść zrealizowała w Brodnicy, a po powrocie do domu posmarowała ją wedle zalecenia lekarza. Zupełnie nieoczekiwanie maść wypaliła jej źrenicę, a pani Maria zupełnie straciła wzrok na chore oko. Rodzina podejrzewała, że musiała zajść pomyłka przy wydaniu leku, a maść okazała się niewłaściwa”.
Przez czas zamieszkiwania u rodziców Rudolfa polska rodzina przybyła z Ukrainy starała się o dostanie małego gospodarstwa, podobnego do tego, które musiała porzucić. Wkrótce potem został im przyznany dom robotniczy, 500 metrów dalej od domu rodzinnego Rudolfa, nieopodal za lasem, który miał 8 hektarów. W 1949 roku pani Maria urodziła kolejnego syna, Kazimierza. Męża pani Marii znowu zaczęto przymuszać, aby zapisał się do PGR-u, a on cały czas się na to nie godził, w wyniku czego brano go za wroga, często wzywano na posterunek, i przymuszano, aby dołączył do „hadziajstwa”. Jako że był jednak nieugięty, spowodowało to, że nie miał co liczyć na pomoc władz. Nie miał więc żadnych koni ani sprzętów rolniczych i musiał prosić o pomoc innych sąsiadów. Oczywiście odbywało się to na odwiecznej zasadzie „coś za coś”. W 1953 urodził mu się syn Bronisław, a w 1956 rok ich sytuacja się polepszyła – gospodarstwo wreszcie zaczęło lepiej funkcjonować, przynosiło korzyści, w efekcie czego dorobiono się kilkorga zwierząt hodowlanych. W Kawkach pani Maria i jej mąż pozostali już do końca swojego życia.

Wymordowana rodzina

Gdy pani Maria razem z mężem i dziećmi uciekli z Ukrainy, zostawili tam swoją całą rodzinę. Jej młodsza siostra razem z mężem wyemigrowali do Polski, natomiast najmłodsza siostra i matka pani Marii pozostały w domu rodzinnym.
W 1945 roku do tego właśnie domu przybyli banderowcy, którzy pobili mamę pani Marii na śmierć, natomiast Milka, która miała wtedy 16 lat, cudem przeżyła, bo wpadła w szparę między ścianę a łóżko. Do teraz żyje na Ukrainie, ukończyła już 90 lat i pomimo tego, że od rzezi wołyńskiej minęło już tyle lat, wciąż boi się otworzyć drzwi, gdy ktoś do nich zapuka... Pani Maria później dowiedziała się, że rodzina, która pomogła jej uciec, została brutalnie zamordowana przez banderowców.
Mąż pani Marii zmarł w 1984 roku z przyczyn naturalnych, natomiast pani Maria w 2005 roku. Ich ciała spoczywają na cmentarzu w Nieżywięciu przy kościele parafialnym pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.

Oprac. Radosław Stawski

Na podstawie pracy wysłanej w 2018 roku na wojewódzki konkurs w Toruniu im. Elżbiety Zawackiej „Oni tworzyli naszą historię” autorstwa byłej uczennicy III LO w Brodnicy Kingi Bieżuńskiej.