Z grupą miłośników turystyki rowerowej z Brodnicy zrobiliśmy sobie małą wycieczkę Grudziądz - Świecie - Chełmno - Grudziądz. Oczywiście wybraliśmy trasę atrakcyjną turystycznie, rowerowo i przyrodniczo. Razem 70 kilometrów i sporo ciekawych przystanków
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jedni kopią w ogródku, inni zarzucają wędkę, a ja tak mam, że z podobnymi do mnie wsiadam na rower i w grupie sobie jeżdżę. Żaden tam ze mnie wyczynowiec, ot, gość po pięćdziesiątce, który w okolicach rodzinnej Brodnicy, na urokliwym Pojezierzu Brodnickim, a czasem trochę dalej lubi sobie pozwiedzać w wesołym towarzystwie.

To zwykle są jednodniowe wyprawy, a gdy jedziemy gdzieś dalej, to odcinki mniej ciekawe, dojazdowe, pokonujemy choćby pociągiem. Nie chodzi o nabijanie kilometrów na rowerowych licznikach i bicie rekordów prędkości, ale o ciekawe miejsca. Zresztą korzystam z roweru Unibike Evo, a więc takiego, na którym trudno się ścigać, za to bez problemu można przejechać zarówno wymagające trasy w terenie, jak wygodnie jechać asfaltem.

Dokładnie dwa lata temu wybrałem się do Grudziądza pociągiem i tam wsiadłem na rower. Jechaliśmy przez wał wiślany do Chełmna, a potem przez Świecie znowu do Grudziądza. Było pogodnie, nie wiało, a sama trasa jest do przejechania praktycznie dla każdego. O tym pisałem  TUTAJ.

Teraz znowu odwiedziłem Grudziądz, ale trasa przejechana potem rowerem była inna.

Dwa razy tą samą trasą się nie jedzie

W tym roku ze stolicy Pojezierza Brodnickiego wybraliśmy się do Grudziądza w szóstkę.

Ruszyliśmy z dworca PKP przez most im. Bronisława Malinowskiego na drugą stronę Wisły, stąd mało ruchliwą drogą asfaltową (jechaliśmy w sobotę rano) dojechaliśmy do Sartowic.

Po lewej stronie ciągnie się wał wiślany - do przejazdu pod mostem autostradowym, a po prawej jest piękna aleja dorodnych drzew. Ten odcinek to ok. 16 km, łatwy do przejechania, dopiero ostatni kilometr jest trochę pod górkę. Po drodze kilka sklepów, a więc zawsze można zaopatrzyć się w batona czy napój.

Z Sartowicami jest taka historia, którą podaję za Wikipedią: "W XIII wieku istniał tu warowny gród, o który walki toczył między innymi książę Świętopełk II Wielki. W nocy z 3 na 4 grudnia 1242 r., a więc w wigilię św. Barbary dowodzony przez Teodoryka z Bernheim niewielki oddział krzyżacki ze Starogrodu pod Chełmnem sforsował Wisłę i podszedł pod gród w Sartowicach. Po zdobyciu grodu Krzyżacy ukradli przechowywaną w nim relikwię w postaci czaszki św. Barbary".

Teraz stoi tu kościół pw. św. Barbary wybudowany w XIX wieku.

Diabelce - na początku jak w bajce

Od kościoła jedziemy jeszcze kawałek asfaltówką, nie skręcamy w lewo do pałacu, ale może warto go zobaczyć.  Został wybudowany w 1792 r. w stylu klasycystycznym na miejscu gotyckiego dworu, który spłonął w 1750 r. Przy budowie nowego obiektu wykorzystano zachowane piwnice oraz częściowo mury przyziemia.

Jedziemy prosto do małego osiedla, przy którym w lewo wjeżdżamy do parku. Tu zaczynają się słynne Diabelce, a dokładniej Góry Diabelce albo jeszcze inaczej: Czarcie Góry.

Jedziemy leśną, twardą ścieżką, szlak doskonale oznaczony na drzewach, momentami biegnie z widokiem na Wisłę i jej całą dolinę. Potem jest zjazd w parów, na środku którego płynie wartki strumień. Trochę zakrętów i dojeżdżamy do punktu, w którym dwa lata temu dojechałem od Świecia. Wtedy towarzyszący mi kolega odradzał podróż ze Świecia brzegiem Wisły, ale teraz postanowiliśmy jednak spróbować. Tym bardziej, że w dalszym ciągu mamy słynny szlak św. Jakuba. "Jak świętego, to pewnie przejezdny dla pątników" - pomyśleliśmy i ruszyliśmy.

Jak zobaczę asfalt, to klęknę i go ucałuję

Początkowo jedzie się niemalże komfortowo, mając na uwadze rowery z szerszymi oponami. Z lewej strony nasza królowa rzek, z prawej wysoka skarpa porośnięta roślinnością. Po drodze zagubione chałupki i mnóstwo starych, kwitnących owocowych drzew.

Cisza, świergot ptaków - wymarzone miejsce na ucieczkę od miejskiego zgiełku. Ale już po kilometrze dukt zamienia się w ścieżkę i leży pierwsza kłoda. Potem następna. Raz trzeba przejść nad, raz pod, raz z górki i potem pod górkę. Bez schodzenia z roweru się nie da. Kolega Zbyszek, zaprawiony rowerzysta, w pewnym momencie oznajmił: "Jak zobaczę asfalt, to klęknę i go ucałuję". Najważniejsze jednak, że humory nam dopisywały, a ta cisza i towarzystwo ogromnej rzeki dawała nam naprawdę frajdę.  Miejsce ma potencjał. Liczne wąwozy pozwalają na stworzenie niezwykle urozmaiconego szlaku z kładkami i mostami linowymi oraz punktami widokowymi. Mogłyby powstać trasy spacerowe o łącznej długości 18 km.

Tu kręcili "Czterech pancernych"

Wyjechaliśmy na wysokości nowego szpitala w Świeciu. Tam właśnie w górze ujrzałem drewniane balustrady tamtejszego tarasu widokowego - z którego można zobaczyć widok na Chełmno. Minęliśmy pieszą wycieczkę, potem most na Wdzie i już byliśmy  na zamku w Świeciu, który obecnie jest remontowany.

Zamek krzyżacki w Świeciu
Zamek krzyżacki w Świeciu  Fot. Krzysztof Cedro

Kilka fotek i już asfaltem dotarliśmy do kościoła. Tak się złożyło, że w pobliskiej plebanii jest remont. Podszedł do nas mężczyzna w bluzie przybrudzonej wapnem i okazało się, że to miejscowy ksiądz proboszcz. Pokrótce opowiedział nam historię starego Świecia pomiędzy Wisłą a Wdą (gdzie ostał się właśnie ten kościół i ruiny zamku krzyżackiego), i że te dzisiejsze Świecie jest wyżej, bo tu często właśnie zalewało te tereny.

- A z ciekawostek wam powiem, że tutaj, przy naszym kościele, kręcono fragmenty 16. odcinka serialu "Czterej pancerni i pies" - mówi proboszcz. - Wtedy, jak zobaczycie, to była ruina, a teraz staramy się pozyskać pieniądze na konserwację świątyni. Na razie przygotowujemy dokumentację.

Ksiądz wrócił do pracy, a my ruszyliśmy do Chełmna.

Chełmno - miasto zakochanych i kluski ziemniaczane

Bogatsi o wiedzę na temat nie tylko Świecia asfaltem ruszyliśmy w kierunku mostu, który łączy Świecie z Chełmnem. Z Chełmna - jak głosi słynne miejscowe powiedzenie - jest najpiękniejszy widok na Świecie (albo na świecie, jak kto woli).

Za mostem (po jednej i drugiej stronie jest chodnik) trzeba skręcić w prawo i po ok. kilometrze ostro się wspinać, by ul. Wodną, Rycerską i Rynek dojechać na tamtejszy Rynek z wielkim napisem "Chełmno".

Jako że było południe, to po wysłuchaniu hejnału udaliśmy się na posiłek - wyrównać stratę kalorii. Traf chciał, że otwarta była restauracja Nie Na Żarty u zbiegu ulic Biskupiej i Rybackiej. Tu zjedliśmy posiłek, a było warto: tradycyjna, babcina kuchnia. Moje kluski ziemniaczane ze szpyrkami, kapustą i twarogiem były fantastyczne. Magdą Gessler nie jestem, ale polecam.

Wiał wiatr, a więc wał sobie odpuściliśmy

Powrót do Grudziądza miał przebiegać wałem wiślanym - bo to po pierwsze bezpiecznie, z dala od aut i hałasu, a po drugie można delektować się widokami czy to na Świecie, Diabelec, czy stając i obracając się podziwiać panoramę Chełmna. Wiejący dość ostro w twarz wiatr skorygował plany i pojechaliśmy drogą wojewódzką 534.

Na szczęście na praktycznie całej jej długości jest ścieżka rowerowa i to o podłożu asfaltowym. To jest ważne dla cyklistów, bo lżej się jedzie.

Cmentarz mennonicki i pomnik z czerwoną gwiazdą oraz ukraińską flagą

Po drodze kilka sklepów, w których można się zatrzymać i coś zakupić "na ząb", by nie targać w plecakach i torbach zbytecznych ciężarów. Do obejrzenia kościółek pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Górnych Wymiarach i szkoła w miejscowości Podwiesk, której boisko otoczone jest drogą asfaltową. A potem pozostałości cmentarza w Sosnówku.

Na tablicy czytamy: "Cmentarz mennonicki założony ok. 1690 r. Zachowany czytelnie układ przestrzenny, liczne nagrobki o wybitnej wartości artystycznej. Najstarsze datowane z lat 1691, 1836, 1861. Relikt bramy głównej". A na sam prawie koniec wyprawy, tuż przy wjeździe do Grudziądza pomnik - z czerwoną gwiazdą i wymalowaną flagą Ukrainy.

Trasę przejechali: Od lewej: Krzysztof, Zbigniew, Beata, Andrzej, Krzysztof (autor tekstu) i Robert.
Trasę przejechali: Od lewej: Krzysztof, Zbigniew, Beata, Andrzej, Krzysztof (autor tekstu) i Robert.  Fot. Nadesłane

Razem wyszło 70 kilometrów. Ten odcinek od Chełmna do dworca w Grudziądzu to blisko 36 kilometrów. W wycieczce uczestniczyli: Krzysztof, Zbigniew, Beata, Andrzej, Robert i autor relacji. Nad Wisłą warto.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zaloguj się